Archive for the ‘Opowiadania’ Category

Janusz Lis siedział właśnie w swoim domku i zachodził w głowę, jak to się mogło stać, że partia, mając 90% w sondażach, znów dostała 49% głosów i dwóch posłów. Nie mogąc doczekać się Mordeckiego (bo ten właśnie sprawdzał autentyczność dwóch monet jednoarminowych u Scholandczyka, kupującego gazetę. Sprawdzał za pomocą SSB i kompanii antyterrorystów. Okolicę obstawiał ponadto płk piechoty, pod osobistym nadzorem Nadmarszałka Pośpiecha, nad głowami żołnierzy wesoło latały wezwane- na wszelki wypadek- myśliwce grupy pościgowej, a marynarka profilaktycznie stawiała zaporę minową na całej długości granicy morskiej), Lis wybrał się do supermarketu.             Sklep, zwany przez Scholandczyków mianem „Supermarketu”, był jedynym sklepem, który mógł pomieścić cały asortyment scholandzkiego rynku. A że asortyment to nie mały, inwestor musiał wybudować sklep rozmiarów połowy Scholopolis i wysokości ratusza miejskiego. Koszt był olbrzymi (dochód z podatków spowodował awarię serwera Politechniki….), ale za to jaki widok z powietrza….

Lis doszedł wreszcie do celu. Długo to trwało, bo jakąś bombę znaleziono, czy coś, bo całe miasto w wojsku. Może wojna? Samoloty latają…

Nad wejściem wisiał wielki portret Svena de Yremy, z podpisem: Svenowi de Yremy- wdzięczni sprzedawcy. Legenda głosi, że Sven de Yremy ( dla jednych to Bożyk tajnej sekty handlowców, inni utrzymują, że to realna postać historyczna, co więcej, widzieć go mieli nawet w Królestwie) zapełnił swoimi interpelacjami 99,(99)% półek sklepu (jednego produktu- korony – zażądał Miłościwie nam Panujący), zapełniając jednocześnie kieszenie sprzedawców. Stąd ten portret.

Lis wszedł do budynku (w tym samym momencie zauważając w odbiciu szklanych drzwi grupę kilkunastu helikopterów) i skierował się od razu na dwunaste piętro. Wjechawszy już, wziął skuterek elektryczny i skierował się ku odpowiedniemu działowi.  15 minut później był już na miejscu. Włożył do koszyka skuterka dwie cytryny i skierował się ku wyjściu. Niestety, w windzie pomylił piętra i wysiadł w dziale odzieżowym. Zobaczył tam Mordeckiego z jakimś jegomościem.

-O kurcze-powiedział Lis- to ten facet z obrazka!

Faktycznie, stał tam Sven de Yremy w swej całej okazałości. Tłumaczył on coś pewnej młodej Scholandce . Lis podszedł bliżej i począł podsłuchiwać

- Bo wie Pani- mówił de Yremy- „toaleta” a „przebieralnia” to jednak….. jednak jest różnica-

-No niby tak, ale ja jestem taką młodą Scholandką- tłumaczyła się kobieta- no i nie wiedziałam. A toaleta była mi bardzo potrzebna. A poza tym, nie ma w żadnym prawie napisane, że w przebieralni nie wolno…. no wie Pan…-

-Kłamie Pani- krzyknął oburzony de Yremy, wstępując w stan szału bojowego- doskonale Pani wiedziała, że źle Pani robi!-

-Ja nie kłamię, tylko mówię co uznaję za sposobne- powiedziała i odwróciła się do księcia plecami- Panie Mordecki! Moje pieniądze-krzyknęła

Mordecki, który właśnie kończył sprawdzać autentyczność kilku Arminów za pomocą złotnika, numizmatyka i czujnika Geiglera-Millera, spojrzał zakłopotany, pomyślał chwilę i w końcu wrzasnął

-Kto to jest, do cholery?!-zapytał grzecznie

-No chyba Król Armin…-odpowiedziała zakłopotana

-No właśnie! Król Armin Fiederik! NIEWYPOLEROWANY?! SANDAL! OBRAZA HISTORII! BEZCZELNOŚĆ! NIEWYBACZALNY GRZECH! Ogłaszam przepadek mienia na rzecz skarbu państwa- skończył Mordecki i chciał odejść.

Jednakże młoda Scholandka ogarnęła sytuację, chlusnęła sobie sztucznymi łzami w oczy i rzuciła się Mordeckiemu do nóg

-Panie Mordecki! Czemu jest Pan taki krwiożerczy?- zapytała zrozpaczonym głosem

-Ja krwiożerczy? Ja wolę stuarminówki…. – odpowiedział Minister i poszedł dziarsko naprzód.

Scholandka wstała, krzyknęła coś o odejściu z Królestwa, lecz zaraz potem pobiegła po wypłatę, by się zameldować w kamienicy u swojego realnego kolegi, Pana X.

Lis poszedł za swym partyjnym kolegą, uprzednio zobaczywszy uroczą scenkę. Mianowicie książę de Yremy stał w towarzystwie byłego (jeszcze bardziej byłego niż Lis) premiera Dudźca, wręczającego mu papierową koronę z napisem „Ksionrze” De Yremy ze wzruszeniem podziękował swemu wychowankowi, po czym w pełny miłości geście pociągnął go za fraki do domu.

Mordecki chwycił Lisa za rękę i pociągnął go ku ostatniemu piętru.

-Na dachu mam kilka helikopterów-powiedział Mordecki i skierował się ku górze, ciągnąc Lisa za sobą. W końcu wyszli na dach sklepu i podeszli pod helikoptery. Mordecki wskazał Lisowi ręką największy, stojący w samym środku wiropłat rozmiarów sporego domu i zaprosił go d środka. Lis otworzył drzwi, chcąc wejść do wnętrza.

-Zdejmij buty-upomniał go Minister- i włóż tam, do szafy. Kawy, herbaty?- zapytał

-Herbaty-odpowiedział Lis

-Malinowej, porzeczkowej, poziomkowej, owoce lasu, Jasmin, cynamon, rozgrzewająca, uspokajająca, zimowa, letnia, jesienna, wios…-ciągnął Mordecki

-Zwykłą-przerwał Lis- herbacianą- dodał, widząc grymas Mordeckiego

-Zwykła? Nie, takiej nie mam- odparł mu Mordecki-Czekaj, Sven mi przed chwilą mówił mi coś o herbacie rumowej, podobno wczoraj wprowadził. Kupiłem, na koszt ministerstwa… Gdzieś to tu było… -mówił Mordecki, grzebiąc po szafkach- Mówił też, że gładko poszło… gadał coś o kilku interpelacjach. Poczekaj chwilę, zakupy ministerstwa chyba zaniosłem na strych, zaraz wracam- powiedział Minister i poszedł na strych. Wrócił po paru minutach, taszcząc parę siatek zakupów- O! Jest!- krzyknął, trzymając opakowanie w kształcie buteleczki rumu

Mordecki zagotował wodę, zalał herbatę i siadł naprzeciw Lisa

-Trzymaj- powiedział uradowany jak dziecko- smakuje jak prawdziwy rum!-

-Gdybym chciał napić się czegoś o smaku rumu, to kupiłbym…. rum……- mruknął Lis

-Co proszę?- zapytał Mordecki, nie usłyszawszy słów Lisa

-Nic, nic…. Podziwiam widoki-odparł Lis

-Ładne chmury, nie?- zapytał Mordecki, gdyż faktycznie za oknem nie było widać nic, prócz kłębiących się  chmur

-Tyyyyyaaaaaaak- odparł Lis

-No cóż, co Ciebie do mnie sprowadza?- zapytał w końcu Mordecki

-A właśnie. Przegraliśmy wybory

-Tyyaaak? Nie wiedziałem. Po co mi to mówisz, przecież i tak mnie nie zdejmą,. Od pięciu lat nikt nie odważył się zaryzykować. Chociaż nie, raz ktoś tam mnie odwołał, 4 lata temu. Ale zaraz potem odszedł po tym, jak mu ekhm, publicznie wskazałem nietaktowność kilku z jego przelewów. Apropos, spotkałem dzisiaj takiego gagatka. Chciał kupić gazetę dwoma jednoarminówkami. Miały ubytek w masie rzędu 2mg! A to oszust, zmuszony byłem go wydal…-opowiadał Mordecki

-JUREK!- przerwał mu Lis- Przegraliśmy wybory! Rezygnuję……-

-Tyyyyaaaak?- zapytał z uśmiechem Mordecki- rezygnujesz już 16 raz- przypomniał przewodniczącemu- Ile głosów nam tym razem zabrakło?- zapytał

-Jednego….-odparł Lis-

-Znowu? Który to już raz? 16?- pytał pół żartem pół serio minister- powinieneś się już był przyzwyczaić….-

-Przyzwyczaiłem się. Dzisiaj widziałem Premiera, jechał na rowerze do kancelarii.-

-A, rozmawiałem z nim dziś. Pytał, jak to możliwe, że znowu wygrali, skoro wystawili tylko jednego kandydata na posła. No wiesz, de Yremy mówił, że musi jakąś łyżeczkę załatwić…

-Jurek, w której Ty jesteś partii? –zapytał ironicznie Lis- Przypadkiem nie SPD?

-A możliwe- odpowiedział niczego się nie spodziewający minister- Nie, czekaj…. SPD to ta od Ciebie, tak? Nie? Zresztą, czy to ważne? Jak już mówiłem, od pięciu lat nikt mnie nie…

-Tak wiem, nikt Ciebie nie odwołał… Zresztą masz rację, nieważne- skończył temat Lis- A na marginesie, śmiesznie wyglądał na tym rowerze. Nie co dzień widzi się Premiera na trójkołowym rowerku dziecięcym i to jeszcze bez pedałów!-

No, a co!- krzyknął minister- tniemy koszty, nie?

I Tak ta rozmowa trwałaby jeszcze długo, gdyby nie fakt, że Lis musiał lecieć, by gdzieś jeszcze wyskoczyć. Mało brakowało, by Mordecki potraktował to na serio, bo już szykował Lisowi spadochron. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło i lądowanie  przebiegło bez zarzutu w ogródku sąsiadów. Lis pomachał jeszcze do znikającego w blasku zachodu słońca helikoptera i poszedł rzucić się w objęcia Morfeusza.

Po pięknej nocy w elfidzkim lesie i równie ciekawym pobycie w „Niczym ciekawym” ruszyłem na południe, do Kanikogradu, gdzie obowiązki burmistrza miasta i jednocześnie Prefekta prowincji Dolii i Faerie pełni Pan Premier Janusz Lis. To do niego skierowałem swe kroki, zaraz po przybyciu do miasta. Mieliśmy razem zdobyć szczyt Pik Optimizma. Zapukałem do drzwi, po czym usłyszałem duży łomot i ciche „cholera”. Drzwi otworzyły się, a w nich ukazał się pan premier z liną.

- O widzę, że przygotowania idą pełną parą? – zapytałem z uśmiechem na twarzy.

- A no tak. Próbuje się spakować, ale ten sprzęt strasznie się plącze…

- Pomogę Panu.

Po chwili cały sprzęt do wspinaczki był w dużym plecaku Pana Janusza. Sam też mam zawsze z tym problem, ale jak widać, „co dwie głowy to nie jedna”.

Po uporaniu się ze sprzętem do wspinaczki, Pan Janusz oprowadził mnie po mieście. W Kanikogradzie zachwyciły mnie potężne budowle gotyckie, lub utrzymane w podobnej stylistyce. Tu musze wymienić przede wszystkim Katedrę pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny.

Lecz Kanikogradowi nie można odmówić również innych pięknych budynków, jak na przykład siedziba władz miejskich, czyli Ratusz. Jest to piękna renesansowa budowla. Jak powiedział mi Pan Janusz ukończono ją w 1591 r. według projektu Cedrica van Dijk i z inicjatywy ówczesnego burmistrza Arjena van Langena.

Po krótkim spacerze, wróciliśmy do domu Pana Premiera po sprzęt i pojechaliśmy zwiedzić Kamienny Krąg nieopodal miasta. Jak się dowiedziałem budowa tego dziwnego obiektu trwała od początków III tysiąclecia, aż do II tysiąclecia przed naszą erą. Jego przeznaczenie jest do dzisiaj nieznane. Miejscowe opowieści mówią, że jest to grób celtyckiej królowej Boudicci,
zmarłej w 60 r. n. e.

Od kamiennego kręgu pojechaliśmy do Salvepola. To stąd mieliśmy wyruszyć na Pik Optimizma. Pierwszego dnia mieliśmy dojść do granicy śniegu na wysokości 2000 metrów n.p.m i w tymże miejscu przenocować.

Wchodziliśmy od mniej stromej północno-wschodniej strony. Wędrówka szła bardzo łatwo i bezproblemowo. Łagodnym dziarskim krokiem przemierzaliśmy kolejne piętra roślinności. Gdy minęliśmy już kosodrzewinę roztaczał się przed nami przepiękny pejzaż. Na trawach pasły się różnorakie zwierzęta, które najwyraźniej nie przejmowały się widokiem dwóch ludzi z wielkimi
plecakami. W bardziej stromych miejscach biegały kozice, a z ziemi, co rusz to pojawiały się głowy świstaków.

Rozbiliśmy namiot i zjedliśmy kolację. Prawdopodobnie ostatni ciepły posiłek, aż do jutrzejszego zejścia ze szczytu. Plan był bardzo ambitny. Jednego dnia zdobyć szczyt i zejść, co najmniej na wysokość 1000 metrów.

Następnego dnia wstaliśmy razem ze słońcem. Zjedliśmy śniadanie z suchego prowiantu, zostawiliśmy niepotrzebny dalej sprzęt jak namiot i ruszyliśmy po oszronionej trawie ku zalegającemu śniegowi. Było naprawdę zimno. Temperatura na pewno spadła poniżej 5 stopni Celsjusza. Podróż na prawdę szła gładko. Przeszliśmy bez problemu na wysokość 3000 metrów. Tu musieliśmy wyjąć sprzęt w postaci haków, gdyż ściana nie była całkowicie pionowa, ale
wejście bez narzędzi było niemożliwe. Wtem niedaleko nas na skarpę zaczął wbiegać czarny wilk. Pomyślałem: „Co może robić wilk na tej wysokości i dlaczego jest czarny?”. W chwili, gdy zobaczyliśmy go, nie było nawet czasu, by pomyśleć o odpowiedzi na te pytania. Ostrymi pazurami zaczepiał się o śnieg i niczym błyskawica zniknął z zasięgu naszego wzroku.

Gdy już wspięliśmy się na urwisko po wilku został tylko trop. Uznałem, że sprawdzenie, co to za gatunek jest ważne, ale nie mamy szans na jego znalezienie, a zbaczanie z najłatwiejszej do wejścia trasy może się dla nas bardzo źle skończyć. Powiedziałem o tym Panu Januszowi, a on mi przytaknął.

Pokonaliśmy jeszcze cztery strome wejścia oraz jedną pionową ścianę, choć nie był a wysoka, miała około 3-4 metry wysokości. Od wysokości mniej więcej 3500, podróż była już bardzo męcząca, ze względu na dużą stromość zbocza, ale możliwą do pokonania bez dodatkowego osprzętu. O godzinie 12:31 stanęliśmy na szczycie. Obok kilku scholandzkich flag, postawiłem drewniany krzyż, bo czym innym może zaznaczyć zdobycie szczytu zakonnik.

Natychmiast po krótkim delektowaniu się upragnionym zwycięstwem nad górą, zaczęliśmy schodzić. Niestety prawdopodobnie zboczyliśmy z trasy, bo po dłuższym marszu w dół zapadliśmy się w lodowiec!

Ocknąłem się i zobaczyłem nad sobą Pana Janusza. Strasznie bolała mnie głowa i nie mogłem ruszyć ręką.

- Żyje Pan – zapytał Premier.

- Tak, ale chyba złamałem rękę.

- No to jesteśmy kwita, ja mam skręconą kostkę.

Usiadłem, a Pan Janusz oparł o mnie zdrową nogę i pociągnął z całej siły nastawiając moja rękę. Włożyłem ją w prowizoryczne nosidło zrobione z mojego płaszcza, a potem usztywniliśmy kostkę premiera.

- Hmm.. to jak teraz wyjść? A może czekać na ratunek? – zapytałem Pana Lisa.

- Ciii… – odpowiedział mi Premier i obaj zamilkliśmy nasłuchując dziwnego szumu.

- Co to? – zapytałem.

- Rzeka, po drugiej stronie góry jest źródło. Niech Pan zbada skąd dochodzi ten głos bo ja nie mogę chodzić.

Przeszedłem się po całym widocznym terenie. Wszędzie na około tylko lód i lód, a do powierzchni jakieś 3 metry. Z obrażeniami nie mieliśmy szans wejść tam. Nagle w lodzie zobaczyłem ciemniejsze miejsce. Wziąłem hak i zacząłem uderzać w lód, który po chwili ustąpił, a mnie uderzyła fala ciepłego powietrza bijąca z odkrytej jaskini.

- Panie Januszu! Znalazłem! Idziemy! Może rzeczywiście ta jaskinia ma drugie wyjście.

I zaczęliśmy schodzić w głąb ciemnej jaskini. Pan Premier opierał się na moim zdrowym ramieniu, a drugą ręka oświetlał latarką drogę. Droga była bardzo stroma, ale wystające skały ułatwiały nam schodzenie. Po mniej więcej dwóch godzinach znaleźliśmy się na rozwidleniu. Pan Janusz już po raz trzeci wymienił baterie informując mnie, że to już przedostatni zestaw. „Po ciemku
za daleko nie zajdziemy, a kto wie ile jeszcze rozwidleń nas czeka…” pomyślałem. Po kilku minutach odpoczynku po ciemku z góry zaczął dochodzić łoskot. Zbliżał się z sekundy na sekundę. Zapaliłem latarkę i zobaczyłem tego dziwnego czarnego wilka! Wbiegł w prawy tunel. Natychmiast ruszyliśmy jego śladem. „Skoro wilk tam czegoś szuka, to tam coś musi być. Może
wyjście?”.

Na szczęście przez dłuższy czas nie musieliśmy znowu stawać przed wyborem drogi. Tunel był prosty i prowadził w jednym określonym kierunku. Po kolejnych 3 godzinach powolnego marszu, ze światłem zapalanym tylko w razie potrzeby, dotarliśmy do strumyka. Ucieszyliśmy się, że być może spłyniemy nim, lub chociaż doprowadzi nas do wyjścia, lecz niestety ginął w wąskim
przesmyku skalnym. Uzupełniliśmy wodę i ruszyliśmy dalej.

Po kolejnych dwóch godzinach znaleźliśmy się w ogromnej grocie, ale bardzo dusznej. Już miałem zapalić latarkę, gdy usłyszałem nad głową maleńkie popiskiwania. „Nietoperze? Tutaj?”. Wtem usłyszałem znany nam już głos czarnego wilka. Przeczuwając, że to on jest powodem tego ruchu zapaliłem światło, wiedząc, że i tak zaraz będzie to pole bitwy i przed piskiem
nietoperzy nic nas nie uchroni. Grota była ogromna. Miała, co najmniej 10 metrów wysokości i 12 metrów średnicy. Z każdej strony biegły tunele, a ściany miały bardzo liczne półki skalne. Na tych półkach zalegały tysiące nietoperzy. Nagle z trzech tuneli wybiegły wilki i niczym psy pasterskie zagnały chmarę nietoperzy w czwarty tunel, skąd dobiegł nas odgłos całej
watahy. Już wiedzieliśmy gdzie jest wyjście z tunelu, ale mieliśmy przecisnąć się przez tłum walczących miedzy sobą ssaków. W ostatnim porywie sił wrzuciłem Pana Janusza na plecy i trzymając go tylko jedna zdrową ręką pobiegłem wprost w szalejące zwierzęta. Wtedy dopiero pożałowałem, że zbroje zostawiłem w Kanikogradzie. W przyłbicy byłoby o wiele łatwiej, a tu czułem na swoim ciele i twarzy każdego nietoperza, a na końcu w łydkę ukąsił mnie
wilk. Gdy poczułem, że już mogę swobodnie się poruszać spojrzałem za siebie gdzie wataha otaczała kręgiem mieszkańców groty. Przewiązawszy szmatką krwawiącą ranę i cały obolały ruszyłem wraz z Panem Lisem w dół jaskini.

Po około czterech godzinach uciążliwego marszu wreszcie wyszliśmy z jaskini. Była już noc, ale przy świetle Księżyca udało się nam zobaczyć, że byliśmy na poziomie świerkowych lasów. Zmęczeni drogą, nie zważając na niebezpieczeństwa zasnęliśmy na mchu.

Rano zeszliśmy w dół. Okazało się, że jaskinia, którą przeszliśmy przechodziła przez całą górę Pik Optimizma. Po naradzie z Panem Lisem jaskinię nazwaliśmy imieniem Kariny Stachowiak, byłej premier Scholandii pochodzącej z Kanikogradu.

Mam nadzieję, że Scholandczycy, nie będą mieli mi za złe, że zwracam Pana Premiera ze skręconą kostką?

7
maja

Wizyta Templariusza w Arden i Inselii

   Posted by: admin   in Opowiadania

*TOMANIA* - Niewielka wyspa w Archipelagu Inselijskim (482km2), położona na południe od wyspy Inselii. Ze względu na występujące to endemiczne gatunki zwierząt cała wyspa jest ścisłym rezerwatem przyrody jako Tomanijski Park Narodowy.

*TOMANIK LASKOWY * - endemiczny ssak lądowy, zbliżony wielkością i wyglądem do okapi, zamieszkujący lasy wyspy Tomanii. Populacja TL liczy obecnie ok. 5.5 tys. osobników. Jest on objęty całkowitą ochroną na terenie Tomanijskiego Parku Narodowego.

*TOMANIJSKI PARK NARODOWY* - Ścisły rezerwat przyrody, położony na wyspie Tomania, na terenie prowincji Inselia. TPN, obejmujący całą wyspę Tomanię (482 km2), utworzono głównie dla ochrony najrzadszych okazów fauny, żyjących na tej wyspie, zwłaszcza zaś Diabła Tomanijskiego, Tomanika laskowego i Henga kristyjskiego, gatunków endemicznych, występujących jedynie na Tomanii. Na terenie Rezerwatu prowadzone są badania zoologiczne, finansowane przez władze prowincji Inselia.

*Tomania - środowisko niczym nie skażone

*
Po przygodach na Tomanii udało mi się wrócić do Internetii. Z poślizgiem, ale zaraz wytłumaczę co było tego powodem. Odkrycia zoologiczne, botaniczne, akcja, przygoda i końcowa zagadka. To wszystko w dzisiejszym opisie przygód Wędrującego Templariusza.

Wczoraj z samego rana wraz z Prefektem Arden i Inselii Marcinem Landeckim wyruszyliśmy z Portu im. Bartosza Balcera dwuosobowym jachtem w kierunku Tomanii. Sam Port jak i Internetia zrobiły na mnie bardzo duże wrażenie. Teoretycznie długo mieszkałem w mieście portowym Trypolis w Udzielnego Księstwa Zakonu Templariuszy, ale był to raczej mały turystyczny port, a tutaj podczas opuszczania portu minęło nas co najmniej dziesięć ogromnych promów, w tym Webb 2, czyli prom-bliźniak Queen Mary 2. Opisując Queen Mary na referacie w szkole, nie miałem pojęcia, że te okręty są aż tak ogromne!

Do Internetii ze Scholiopolis przybyłem w piątek po południu, więc miałem trochę czasu by pozwiedzać to piękne miasto. Jak sie okazało kampania promocyjna nie kłamała. Miejscowość jest przepiękna, ale ja jako templariusz postanowiłem zwiedzić to co mi najbliższe, ze stron w, których jeszcze do nie dawna mieszkałem. Zawsze żałowałem, że decyzją mojego ojca Trypolis został podzielony na sektory przeznaczone wyznawcom różnych religii. Nigdy, nie miałem okazji blizej przyjrzeć sie kulturze żydowskiej. Nadrobiłem to w tutejszym Muzeum Judaizmu. W dawniejszej synagodze zbudowanej przez Króla Armina Fryderyka na miejscu starego obiektu mieści się obecnie gmach muzeum z nielicznym, ale bardzo interesującymi eksponatami.

Wracając do rejsu na Tomanię. W życiu nie widziałem tak krystalicznych wód! Z pokładu mogłem dojrzeć barwne rafy koralowe. Podjąłem wtedy postanowienie, że nie mogę tego tak zostawić i na pewno kiedyś tu wrócę ze sprzętem do nurkowania. Nie do końca jest to prawdą, bo pierwsza moja myśl brzmiała “Kupię sprzęt w Internetii i tu wrócę”, ale jeszcze nie wiedziałem co mi sie przydarzy na Tomanii.

Około godziny 9:00 dopłynęliśmy do Tomanii. Z racji niebezpieczeństwa ze strony diabłów tomanijskich i innych równie groźnych zwierząt, postanowiłem umówić się z Panem Landeckim, że będzie czekał na mnie wieczorem po drugiej stronie tej niewielkiej wyspy. Zszedłem na ląd i to co zobaczyłem przeszło moje najskrytsze marzenia! Tuż za niewielką plażą rozpościerał się ogromny las, a spod moich nóg uciekały wystraszone skorupiaki, nieprzywykłe do widoku ludzi na plaży. W głębi lasu nie trudno było dostrzec ruchy zwierząt. Na krótką chwilę na plażę wybiegł tomanik laskowy. To, że tak szybko
zobaczyłem tego ptaka podobnego do australijskiego okapi, zaszczepiło we mnie dużą dawkę optymizmu. Teraz byłem juz pewien, że na pewno zobaczę diabła tomanijskiego, a może nawet henga kristyjskiego, człekokształtną małpę, która podobnie jak przodkowie homo sapiens wykazuje skłonności do wytwarzania kultury i łączenia się w społeczeństwa.

Wszedłem do lasu. Przemierzałem go raźnym krokiem wypatrując w dali ciekawych okazów do opisania i o mało co nie zrobiłem strasznej rzeczy! Moja noga zatrzymała się nad wielkim owadem z rodziny jelonkowatych. Nazwałem go jelonkiem tomanijskim i ma 15 cm długości czyli ponad dwa razy tyle niż znany wszystkim jelonek rogacz! Szczegółowo opisałem go w Micropedii.

Po dłuższym opisywaniu jelonka tomanijskiego (w końcu muszę zobaczyć gdzie mieszka mój nowy przyjaciel i poznać jego partnerkę) moja biologiczna ciekawość padła na duży kwiat pomiędzy drzewami. Co mnie zadziwiło, rósł całkowicie samotnie, naokoło nie było żadnej rośliny, a i gęste korony drzew nad nim tworząc rodzaj oświetlenia nad nim w tym ciemnym lesie. W tym osobliwym otoczeniu wyglądał jak jeden ze skarbów odrywanych przez Indianę Jonas’a. Zbliżyłem się do tego kwiatu i rozwiązałem zagadkę, dlaczego rośnie tak samotnie. Był zakorzeniony dokładnie w centrum trzęsawiska! Zacząłem
główkować jak się do niego dostać. Przez chwilę pod wpływem miejsca przeszło mi przez myśl, by użyć do tego bata, ale wybrałem mniej inwazyjną metodę. Mój wzrok padł na dwa duże konary. Stękając jak mój stryj Fryderyk w toalecie, ułożyłem je w ten sposób, że nie zapadały się, a potem przeszedłem jak po moście nad ruchomymi piaskami. Zrobiłem notatki i szybki szkic, po czym wyrwałem jego rozłogę i schowałem do torby. Nie powinienem tego robić w rezerwacie, ale to w celach badawczych! Mam nadziej, że Scholandczycy wybaczą mi tą zbrodnię. Opis kwiatu, który nazwałem lilią trzęsawiskową,
jest dostępny w Micropedii i tam również pojawi się wynik moich badan nad tym jak ten kwiat sie ukorzenia (do tego jest mi potrzebna ta rozłoga).

Po powrocie na stały grunt, na lilii usiadł ogromny, przepiękny motyl, po czym odleciał. Szybko wydobyłem składaną siatkę na motyle, którą chciałem złapać tego owada, ale po pewnym czasie ze ścigającego stałem sie ściganym przez diabła tomanijskiego. Potykając się o konary nadal biegłem za motylem, mając nadzieję na jego złapanie mimo pieniącego się torbacza wielkości niedźwiedzia za moimi plecami. Później żałowałem swojego oślego uporu gdyż trafiłem na zamkniętą z jednej strony wysokim urwiskiem polanę. Bez drogi
odwrotu stanąłem oko w oko z wielkim zwierzęciem. Wtedy zorientowałem się, że po drodze zgubiłem miecz! Chwyciłem dziwny kamień leżący przy mojej nodze, umocowany na drewnianym drążku, zamknąłem przyłbicę i straciłem przytomność.

W nocy, gdy sie ocknąłem stał nade mną Pan Marcin z latarką. O dziwo nie byłem już przy urwisku, a niedaleko plaży.

- To Pan mnie tu przyniósł? - zapytałem Prefekta.

- Nie. Właśnie Pana znalazłem. Szukam Pana od kilku godzin.

Wróciliśmy na jacht. Z okropnym bulem głowy oglądałem moje rzeczy. Kilka zarysowań na naramiennikach, pusta pochwa po mieczu, a w torbie wszystko co miałem wcześniej i… garść owoców… Może jednak spotkałem jakiegoś henga kristyjskiego…